wtorek, 12 marca 2013

Wiedeń od kuchni

...czyli męczący weekend na własne życzenie i najbardziej ignorancki powód pójścia do opery

Ostatnio narzekaliśmy trochę, że jeszcze w tym roku nigdzie nie byliśmy...
Na szczęście niedługo to trwało :)
Kalendarz powoli się wypełnia. Na początek dzięki sympatycznemu nieznajomemu wybraliśmy się na chwilę do Wiednia.


Wiedeń... piękne pałace, bal w operze, Schonbrunn, kolekcje wspaniałego malarstwa - to wszystko kojarzy się z tym miastem. Tym razem jednak - nawiązując do sformułowania naszego przyjaciela - wybraliśmy się do Wiednia "inwestować w siebie" - i potraktowaliśmy wycieczkę jako remedium na kulinarną tęsknotę za... Azją ;-)
Nie wiem czy Sobieski przewraca się w grobie, ale turecko-azjatyckie akcenty widoczne są w Wiedniu na każdym kroku. Najbardziej chyba w okolicy naszego ulubionego Naschmarktu, który dla nas osobiście jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych stałych targów "żywieniowych". Czego tam nie ma... Poza oczywiście tradycyjnym sznyclem wiedeńskim, knajpki z różnego rodzaju sushi czy owocami morza, przeróżne sery, antypasty, przekąski. Dania indyjskie, wietnamskie i chińskie. Warzywa, wina, przyprawy. Hummus na wszelkie możliwe sposoby oraz dostępne w każdej budce falafle... Długo by wymieniać.


Do tego tradycyjne budki z kiełbaskami, mijane praktycznie na każdej ulicy...


Na pamiątkę wyjazdu przywieźliśmy ginger powder, garan masalę, pasty curry do dań tajskich oraz indyjski palak paneer.

A co z operą? No tak, ostatecznie nie poszliśmy. Zapowiadany na wieczór deszcz się opóźnił... ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz