sobota, 2 lutego 2013

Na dwóch kontynentach

I znowu nie będzie chronologicznie... Co więcej, zanim konkretnie przejdziemy do Birmy, będzie o innym, dawniej odwiedzonym miejscu. Cofamy się więc dokładnie o  2 lata...



Zrobiliśmy sobie spontaniczny prezent. Korzystając z krótkiej promocji lotniczej, znajdujemy jedyny około-weekendowy termin, na który dostępne są 2 bilety. Kupujemy. Za jakiś czas dopiero orientujemy się, że jedną z rocznic obchodzić będziemy nad Bosforem. Ładnie wyszło.
Wracamy do Turcji po 10 latach, będziemy mogli „dokończyć” trasę, która wtedy ominęła Stambuł.
Już kilka dni po zakupie biletu pierwszy szok: ja rozumiem, że nie udajemy się na gorące Południe, ale żeby w styczniu/lutym średnia temperatura powietrza wynosiła około 5 stopni?! To zimowy tytuł książki Orhana Pamuka nie jest tylko metaforą…? ;-) Cóż, powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B, lecimy!



Od pierwszej chwili nie opuszcza nas uczucie, że jesteśmy w jakiejś europejskiej metropolii. I to raczej zachodnio- niż wschodnio. Oczywiście, na każdym kroku można kupić kebaby, oczywiście, meczetów bez liku i słychać nawoływania muezinów, jednak to tylko drobiazgi, które wcale nie burzą ogólnego wrażenia „europejskości”. Również i wnętrza tamtejszych świątyń, pięknie i kolorowo zdobionych, są znacznie bardziej tolerancyjne dla nas, „niewiernych”. Do każdego meczetu można wejść, często nawet widuje się turystki z odkrytymi głowami, którym nikt nie zwraca na to uwagi. Na ulicach znaczna część mieszkanek nosi „europejskie” stroje, w kawiarniach kobiety również nie należą do rzadkich gości, a na ławeczkach nad brzegiem wody niejednokrotnie widać przytulające się zakochane pary. No i ceny, także zdecydowanie „europejskie”.
I tłumy turystów, mimo iż jesteśmy zdecydowanie poza sezonem.
Nieco inny klimat panuje w mniej turystycznej części, nazwanej przez nas roboczo „Stambulskim Zabłociem”. Dzielice Fener i Balat, obecnie sukcesywnie restaurowane za środki z Unii Europejskiej, zamieszkałe w przeszłości przez Żydów i Greków, noszą jeszcze na sobie ślady dawnych mieszkańców. Na starych kamienicach można jeszcze znaleźć starogreckie napisy, a oprócz meczetów znajdujemy także cerkwie i kościoły. Zupełnie inaczej spaceruje się po tych jakże mniej uczęszczanych obszarach…



W poszukiwaniu Orientu udajemy się na azjatycki brzeg. Pogoda nie nastraja na romantyczne przejażdżki statkiem po Bosforze, więc tylko szybciutko przepływamy na najbliższy przystanek. Nic z tego, Stambuł to obecnie bardzo europejskie miasto. Paradoksalnie, na drugim brzegu wita nas McDonald. Może trzeba było jednak zawitać tutaj te 10 lat wcześniej…



Oczywiście „zaliczamy” miejsca, które w Stambule trzeba zobaczyć, jak przepiękna Hagia Sophia, monumentalny Błękitny Meczet czy okryta aurą tajemniczości Cysterna Bazylikowa, kupujemy przyprawy na Egipskim, a słodycze na Wielkim Bazarze, popijając turecką herbatę. Pomimo zimna i padającego ostatniego dnia śniegu, spacerujemy wzdłuż wybrzeża Morza Marmara i Złotego Rogu, przechodzimy przez Most Galata i zjadamy obiad na targu rybnym. Pałac Topkapi zostawiamy sobie na raz następny – trzeba mieć przecież jakiś pretekst, by wrócić. Koniecznie wtedy, gdy ściąganie butów przed wejściem do meczetów nie będzie grozić przeziębieniem.
Klimat „Azji” poczuliśmy dopiero na remontowanym wtedy dworcu centralnym w Warszawie. „Kebab Bosfor” dopełnił całości…



Mimo, że w Stambule byliśmy - póki co - tylko raz i to zaledwie na kilka dni, miasto to plasuje się bardzo wysoko na naszej liście ulubionych miejsc. Już żałujemy, że nie skorzystaliśmy z niedawnej "Szalonej Środy", by móc znowu poczuć jego atmosferę.
...i uzupełnić zapasy przypraw, bo trudno dorównać tym, kupionym na tamtejszych bazarach :)




/powyższy tekst jest nieco zmienioną formą artykułu, który ukazał się w lokalnym "Lamelli" w marcu 2011 r./

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz