wtorek, 4 grudnia 2012

"Wind of change..."

No i wróciliśmy.


Autobus z Bagan do Kalaw. Na wielkim telewizorze lecą właśnie teledyski - nie tylko birmańskich - przebojów. Akurat słychać Scorpionsów...

Birmę planowaliśmy od dawna. Wiele osób mówiło, żeby się spieszyć, że kraj bardzo szybko się zmienia. Mamy jednak wrażenie, że w niektóre miejsca "nie zdążyliśmy"...
Owszem, nadal można zapomnieć o telefonie komórkowym, bo nie ma roamingu, o karcie płatniczej - bo nie ma czytników ani bankomatów. Jednak co jest dostrzegalne na każdym kroku, to coraz większe grupy turystów. Tych, którzy przyjechali, żeby "jeszcze zdążyć" przed całkowitym otwarciem się kraju na turystykę, jak i takich, którzy - pewnie z uwagi na to otwarcie - wykupili zorganizowaną wycieczkę w miejsce, gdzie jeszcze niedawno nie mogliby pojechać.

Są jednak miejsca, gdzie kraj nadal żyje własnym życiem, jakby nie zauważając mijającego czasu. Rybacy na jeziorze Inle nadal wiosłują nogami, łowiąc ryby w charakterystyczne sieci. Nadal zdecydowaną część kraju stanowią pola uprawne, a na nich wozy zaprzężone w woły. I nadal tysiące majestatycznych świątyń pokrywa - nie takie już ciche - tereny Baganu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz